Tak, jak już pisałam dobry coach to ludzki coach. Profesjonalny o tyle, o ile. Absolutnie niedoskonały. Ludzki coach w całej swojej niedoskonałości ma szansę otworzyć bramy, których nikt by nie otworzył. Słucha sercem, patrzy tam gdzie nic nie widać, śmieje się – głównie z siebie, i błądzi – przez co staje się równy z klientem. Nic tak nie robi dobrze jak wspólne błądzenie!

„Do drugiego człowieka trzeba się zbliżać nieprofesjonalnie – mówi Anna Dymna – bo nadmierny profesjonalizm może zabić człowieczeństwo.” Każdy marzy, żeby być profesjonalnym coachem, ale czy to dobrze? I cóż to właściwie znaczy? Dla mnie to znajomość etyki, standardów, zaangażowanie we własny rozwój. Ale już nie – wypchana „teczka narzędziownia” z przygotowanymi procedurami, umowami, propozycjami co zrobię na sesji z klientem. Taka teczka, dokumentacja może przesłonić drugiego żywego człowieka.

Pracując z coachami widzę jak bardzo są krytyczni wobec siebie. (Jako i ja byłam ) Ten wewnętrzny krytyk pcha nas intensywnie w ramiona profesjonalizmu.

Ja popełniłam mnóstwo błędów i jako trener i jako coach. Jako trener pamiętam szkolenie, na którym prawie „obrzucili mnie pomidorami”. Straszne, najgorzej ocenione, bez kontaktu z grupą. To był moment, kiedy zrozumiałam, że mogę robić tylko rzeczy, które czuję w 100 %. Żadnych szkoleń na zlecenie typu Zarządzanie czasem. Akurat ja (bo może inni mają inaczej) mogę szkolić tylko z tego pod czym podpisuję się całą sobą. Co było moim osobistym doświadczeniem. Wtedy to ma moc. Od tamtego momentu zaczął się dla mnie nowy etap.

Jak coach zrozumiałam niejednokrotnie, że najważniejszy jest człowiek. Nie proces, nie rezultat, nie cel, nie skuteczność tylko człowiek. Doświadczyłam boleśnie, jak mi jest czasem do tego człowieka daleko. Bo daleko mi też, w takim momencie, do samej siebie. To sobą bywam znudzona, od siebie dużo wymagam, ze sobą trudno mi w kontakcie. Klient jest tylko tego lustrem. Dlatego teraz najpierw „ogarniam” samą siebie i wtedy mogę służyć obecnością drugiej osobie.

Mówi się, że uczymy się na błędach. Ale moim zdaniem nie o lekcje, nie o naukę tu chodzi. W lekcjach zawsze jest jakiś brak dorosłości, jakieś nastawienie poprawiania. Jesteśmy wtedy w pozycji ucznia – „następnym razem zrobię to lepiej, będę już widziała…” Ale następny raz zawsze jest inny, czyż nie? Ta chwila się już nie powtórzy. A więc w tym wyciąganiu wniosków jest znowu napięcie. Jest ukryta negacja tego, co zaszło i marzenie o byciu perfekcyjnym.

A życie nie jest perfekcyjne. Dlatego, moim zdaniem, w błędach chodzi o akceptację. O to by uśmiechnąć się na wspomnienie porażki. By uśmiechnąć się do siebie – tej nieporadnej, robiącej głupoty, błądzącej. „Taka” też jestem… W życiu też „tak” jest… Tego uczą nas błędy. Jak pokochać to co jest w nas niedoskonałe, jak otworzyć się na to, jak się zachowaliśmy – bez krytyki. Zaakceptować niedoskonałość. Większość z nas bardzo się tego boi. Myśli, że jak porzuci krytyka, to jednocześnie zgodzi się na byle jaką jakość w swoim życiu. Nic bardziej mylnego. Spróbuj a zdziwisz się.

Akceptacja jest największą uzdrawiającą siłą.

Dlatego nie wyobrażam sobie drogi coachu, abyś nie kochał siebie. A kochasz siebie w takim stopniu, w jakim kochasz swoje błędy. Miłego błądzenia!
Iwona Kubiak